Palenie pomaga tłumić dawne smutki. Aby stać się wolnym, trzeba je "wziąć na klatę, jeszcze raz poczuć i ochota na papierosy zniknie samoistnie.

Język, który łączy, a nie dzieli

Od urodzenia jesteśmy otoczeni naszym ojczystym językiem. Przyjmujemy go na poziomie lingwistycznym - jako słowa, wyrażenia czy całe zdania - ale również na poziomie kulturowo-społeczno-historycznym jako treść, która jest w nim ukryta. Niektóre słowa, których używają "wszyscy" wydaja się nam oczywiste i nie wiemy nawet, że krzywdzą od pokoleń. I będą krzywdzić dopóki zawarta w nich niesprawiedliwość nie wyjdzie na jaw.

 

 

 

 

 

 

Poznać język po uczuciach, jakie wywołuje

Istnieje długa lista słów, wyrażeń i stwierdzeń, które funkcjonują społecznie jako naładowane bolesnym znaczeniem "zapalniki", gotowe zadać ból osobie czy grupom osób, których dotyczą. 

 

Jako adekwatnej ilustracji mocy rażenia ukrytych znaczeń języka użyję dwóch obiegowych wyrażeń związanych z kobietami wychowującymi dzieci, funkcjonujących powszechnie w polskim społeczeństwie. Temat ten znany mi jest z własnego doświadczenia i wiem dokładnie jakie odczucia towarzyszyły mi kiedykolwiek w przeszłości, kiedy słyszałam te słowa wypowiadane do mnie - nawet w najlepszej wierze i nawet przez całkiem życzliwe mi osoby. TO właśnie szczególnie skłoniło mnie do refleksji. Pytałam siebie: o co mi chodzi, że czuję się jak zero, gdy zadaje mi "niewinne" pytanie całkiem sympatyczny dla mnie człowiek? Co, u licha?!

 

Uświadomiłam sobie wówczas jaką potrafi mieć społeczną moc rażenia opinia wyrażana z pewną lekkością i niewinnością nawet, oczywistą oczywistością i po wielokroć, wpływając na uczucia, poczucie wartości człowieka i generując odpowiednio - mocno zaniżoną - jakość jego życia. Nadal do końca nie jestem w stanie, nawet po latach analiz i refleksji, w pełni zdać sobie sprawy jak daleko sięga moc wypowiadanego słowa. Wiem jednak jedno. Jest potężna i dobrze jest ważyć co z naszych ust wychodzi.

 

O kobiecie, która wychowuje dzieci mówi się powszechnie, iż "siedzi w domu". Jej styl życia, w odróżnieniu od np. "pracującego" męża, określa się jako sielankowy i wyluzowany. Zapytajmy jednak jakąkolwiek wychowującą dziecko kobietę, jak się czuje, gdy słyszy o sobie, że "siedzi w domu". Czy czuje się z tym dobrze? Czy dzięki temu określeniu ma wrażenie, iż osoba rozmówcy zdaje sobie sprawę, czym się ona tak naprawdę zajmuje? Czy słowa tego wyrażenia sugerują wartość oraz doniosłość jej zajęcia? 

 

...

 

Oliwy do ognia tej (nie)jawnej językowej niesprawiedliwości dolewa jeszcze jedno powszechne wyrażenie, często też stosowane łącznie z poprzednio wspomnianym, mówiące, iż kobieta wychowująca dziecko czy dzieci "nie pracuje".

 

Aby sprawdzić w praktyce jak dobrze język odzwierciedla rzeczywistość, można zapytać dowolną matkę małego dziecka czy dzieci, 24/7 będącą do jego/ich dyspozycji - wykonującą w międzyczasie dziesiątki domowych, niewdzięcznych, niewidzialnych dla nikogo, niespektakularnych obowiązków - "od jak dawna nie pracujesz"? Sugerowałabym jednak zabezpieczenie głowy przed wałkiem do ciasta zanim padnie odpowiedź, jeśli kobieta dość dobrze zna wartość swoją i swojej pracy. Jeśli nie zna, zacznie się prawdopodobnie tłumaczyć, że jednak "coś robi", wyliczając czynności uznawane za społecznie użyteczne - dorabia na pół etatu, pomaga mężowi w firmie, zajmuje się chałupnictwem itp. "Samo" wychowywanie dzieci i prace domowe nie przynoszą chluby nikomu i nie kojarzą sie z wykonywaniem jakiejkolwiek pracy, zatem trzeba to "siedzenie w domu" jakoś uzasadnić i dodać mu "ciężaru gatunkowego", żeby nie wyjść na lenia i obiboka.

 

Ciekawe dlaczego kobiety dość powszechnie na takie pytania nie odpowiadają np. "Wiesz co, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo ono nie jest o mnie. Czy chcesz mnie zapytać: >>Od jak dawna pracujesz w domu<<? ".

 

Może dlatego, że czują to co te słowa naprawdę ze sobą niosą, ale nie mają jasności co się w ich osobach na ich dźwięk dzieje i o co w tym wszystkim chodzi? Nikt ich dotąd nie nauczył jaki z tych uczuć zrobić użytek...

 

"Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą"(?)

Zdanie ministra propagandy rządu III Rzeszy - Josepha Goebbelsa przeszło do historii i cytujemy je przy wielu okazjach. Sugeruje, iż jeśli dostatecznie długo jakieś kłamstwo będzie powtarzane, utrwali się w społecznej mentalności jako prawda.

 

Sprostuję w tym miejscu jednak, że żadne kłamstwo przez jedynie fakt bycia powtarzanym nawet przez tysiące i miliony ust nie stanie się prawdą nigdy. Kłamstwo pozostanie zawsze kłamstwem. Może jednak stać się utrwalonym myślowym nawykiem, powszechnym osądem - przekonaniem - którego nieprawdziwości - ze względu na powszechność występowania, używania i "oczywistość" - nikt lub prawie nikt nie będzie kwestionować. Dlaczego? Bo z racji wielopokoleniowego znieczulenia na "drobną" słowną przemoc, obecną w domach, szkołach, wszelkich instytucjach i całych społeczeństwach nie zauważamy, że przemoc w ogóle ma miejsce. Ponoć można się przyzwyczaić do dawkowanego codziennie po trochu arszeniku. Czy to znaczy jednak, że on nam nie szkodzi, jeśli się w wyniku jego dawkowanego spożycia od razu nie umiera? Nie, to znaczy, że się nie czuje, iż się jest podtruwanym i umiera powoli, ale niechybnie...

 

Chcieć zauważyć, że się kogoś niechcący krzywdzi

Aby mieć wpływ na zmniejszenie ilości przemocy na świecie, nie musimy jechać do krajów, w których toczą się działania wojenne, ścigać członków mafii, brać udziału w antyrządowych pikietach czy ogólnie rzecz biorąc - "walczyć" z nią. Aby przemoc mogła z naszego życia zniknąć, potrzebujemy zacząć rozpoznawać najmniejsze jej "dawki". Zauważać, iż w ogóle istnieje. Zauważać ją u siebie samych. Wykrywać ją tam, gdzie wydaje się, że wszystko jest niby ok.

 

Jak ją rozpoznać? Albo raczej - czym ją rozpoznać?

 

Nie mamy wątpliwości, iż są przemocą jej "grube", namacalne przejawy, o których "wszyscy" mówią i które są powszechnie za przemoc uważane. Przemoc potrafi być jednak jak pajęcza nić - subtelna i wyrafinowana. Możemy postrzegać ją jako normalność. Ta jej forma jest jednak bardzo niebezpieczna, gdyż jej ofiary, które w styczności z taką przemocą czują się źle, to co czują łaczą zazwyczaj z tym, że coś jest z nimi nie w porządku i do głowy im może nawet nie przyjść, iż jest inaczej. Na pozór słowa, które takie uczucia w nich wywołują, są zupełnie normalne i nie ma się w nich do czego "przyczepić". W dodatku "wszyscy" naokoło są to w stanie potwierdzić.

 

Kto jej doświadcza, czuje się źle - niczym osoba wykluczona ze społeczności. Społeczności, do której przynależność gwarantuje jedynie "wykonywanie pracy" rozumianej jako "zarabianie pieniędzy". 

 

Przemoc na poziomie języka - poza oczywistymi wulgaryzmami i łatwo zauważalnymi przemocowymi wyrażeniami czy słownictwem - niesie treść umniejszania wartości tego, co wartościowe, niedoceniania, poniżania człowieka według kryteriów mierzonych w wartościach pieniężnych czy jakkolwiek inaczej wymiernych jeśli jego praca takich wartości nie dostarcza, oceniania w sposób intelektualny wartości nie do pojęcia za pomocą intelektu. Używa do tego celu języka codziennego, pozornie niewinnego, dlatego tak trudno ją często wychwycić. Aby ją dostrzec, potrzeba instrumentu wrażliwości uczuciowej. Potrzeba serca. Potrzeba empatii, która odczuje niewłaściwość użycia na przykład terminu "siedzi w domu" do kobiety wychowującej dziecko i to nie dopiero, kiedy wyczyta to z jej twarzy i mowy ciała, kiedy już termin ten padnie, ale nie wypuści tego wyrażenia w ogóle z ust. Nie posłuży się wymówką "bo wszyscy tak mówią", aby nieść dalej krzywdzące treści. Zatrzyma się z refleksją i nazwie to co widzi w drugim człowieku w taki sposób, aby ten poczuł się dobrze w tym co robi i kim jest.

 

Jeśli według społecznej obiegowej definicji pracą jest czynność, która przynosi pieniądze, wszystko co ich nie przynosi za pracę nie będzie w takim społeczeństwie uznawane, a osoba przynosząca swoim działaniem wartość, ale niewyrażalną materialnie będzie uznawana za niepracującą. Z jakim skutkiem? Może warto się nad tą kwestią pochylić?

 

Nie szukać winnych

Nie widzę powodu, aby wytaczać działa na tych wszystkich, którzy jednak tę przemoc słowną nieświadomie stosują. Wielu z nas tego po prostu nie wie. Nie sądzę, żeby człowiek świadomy i wrażliwy był w stanie kontynuować stosowanie jakiejkolwiek przemocy, gdy tylko dane jest mu dowiedzieć się, iż działał jako jej nieświadome narzędzie. Nie napiętnowałabym zatem tych wszystkich, którzy mówią „Moja żona siedzi w domu z dziećmi”. Nikt ich mówić o jej pracy nigdy inaczej nie nauczył. Nie są winni. Ponoszą jednak za to co mówią odpowiedzialność - nawet nieświadomie wyrządzana krzywda i niesprawiedliwość jest nadal krzywdą i niesprawiedliwością. Do tej pory nie wiedzieli co czynią, ale to od tych, którzy wiedzą zależy czy będą mieli szansę się dowiedzieć i zmienić swoją postawę. "Moja żona pracuje. Wychowuje dzieci."

 

Każdy moment jest dobry, aby wprowadzić w życie nową wiedzę, która, choć lekka jak skrzydło motyla, ma moc wywoływania tsunami na społeczną skalę. Być może potrzebne są językowe ekwiwalenty dla "niepracowania" i "siedzenia w domu" kobiet wychowujących dzieci, takie, który oddadzą należny szacunek dla ich pracy? Być może nazwanie z szacunkiem pracy kobiet przy wychowaniu dzieci sprawi, iż kobieta, aby być docenioną, nie będzie na siłę stawała w szranki z "pracującymi" mężczyznami, na warunkach świata rządzonego męską biologią, aby na szacunek dla swojej pracy "zasłużyć"?  Być może również dzięki temu - wybierając macierzyństwo i pozostawanie przez jakiś czas w domu, nie będzie się musiała kulić zawstydzona przez kilka lat zanim dzieci podrosną przy każdym pytaniu czym się aktualnie zajmuje i - sama wpadając na rafę powszechnego słownika, który niewiele jej w tym zakresie ma do zaoferowania - odpowiadać: "Nie pracuję". "Siedzę w domu z dziećmi" i choć wykonuje wspaniałą robotę, czuć się jak społeczny pasożyt?

 

Dziura w CV

Fala tsunami, którą te pozornie niewinne określenia kobiet wychowujących dzieci wywołują, zahacza nie tylko o ich samopoczucie ludzi jako takich, ale też ma wpływ na ich wizerunek na rynku pracy - szans w ich życiu zawodowym, że o globalnej sytuacji ich życia oraz życia całego społeczeństwa - w tym mężczyzn - nie wspomnę.

 

Do dziś pamiętam jak mnie samą kiedyś uczono na jednym z kursów dla kobiet powracających na rynek pracy, aby nie opisywać zbyt szczerze w swoim cv okresu poświęconego wychowaniu dzieci, gdyż może to wywołać w potencjalnym pracodawcy niechęć do zatrudnienia mojej osoby. Przekonywano mnie, iż ludzie, którzy są "nieaktywni zawodowo" nie są zbyt mile widziani w wielu miejscach pracy. Nawet jeśli faktycznie wychowywałam dzieci w tym czasie, "powinnam" wypisać w tej "luce zawodowej" jakieś atrakcyjne dla potencjalnego zatrudnienia aktywności, choćby drobne umowy zlecenia - choćby skręcanie długopisów - byle tylko nie wykazać, że w tym czasie "siedziałam w domu" i "nie pracowałam".

 

Było mi wtedy niezmiernie przykro, że okres wychowywania dzieci potrzebuję chować i zawijać na siłę w zastępcze słowa i czynności, gdyż to czym się faktycznie zajmowałam i co - jak mi się wydawało - nawet w tym sensie - było wręcz przyniesieniem mojemu krajowi kilku nowych obywateli - nie jest godne nawet wzmianki na cv i podaniu o pracę. Czułam głęboki smutek, iż tylko dzięki hipokryzji w tym zakresie mam szansę na powrót do pracy zawodowej, udowadniając w sposób przekonujący potencjalnemu pracodawcy, że "coś robiłam" w tym czasie, kiedy rodziły się i rosły moje dzieci.

 

Język, którym zainfekowane są umysły wielu przedsiębiorców i pracodawców, każe im postrzegać kobiety poszukujące pracy zawodowej po okresie spędzonym w domu przy wychowaniu dzieci jako "intelektualnie i zawodowo zdegradowane". To rodzi następstwa w nieszczerości przy komponowaniu cv i podań oraz w rozmowach o pracę, a kobiety muszą ukrywać swoją życiową tożsamość tak jakby - wychowując dzieci - parały się czynami uznawanymi za przestępcze, w wyniku których tracą prawa obywatelskie i które uniemożliwiają im rehabilitację i powrót na "łono społeczeństwa".

 

Pracodawca, który kieruje się "wiedzą", iż wychowując dzieci kobieta "nie pracowała" i jej potencjał uległ degradacji, odcina się nieświadomie od źródła nieocenionych zasobów w postaci współpracownika o zdobytych w tym czasie nieprzeciętnych umiejętnościach, takich jak: świetna organizacja czasu pracy, wielozadaniowość, działanie pod presją czasu, szybkie podejmowanie decyzji, praca zespołowa, myślenie taktyczne i strategiczne, umiejętność mediacji i negocjacji, obowiązkowość nie znająca wymówek w postaci niedospania, choroby czy nieodpowiedniej pory - a wszystko to nie wyczytane z książek, ale nabyte na poligonie, w warunkach skrajnych.

 

Odcina się od skarbów ten, który nie wie, że ma je pod bokiem do dyspozycji, ale ich nie widzi, odgrodzony od nich językową zasłoną nieprawdy o drugim człowieku - przemocy w białych rękawiczkach, uprawianej społecznie i społecznie akceptowanej.

 

Most albo mur

Język, choć wydaje się "tylko" słowami, może ludzi dzielić, ale może też łączyć i przerzucać mosty. Może ranić i ciąć niczym ostrze noża, ale może też leczyć niczym dźwięki płynącej wody i harmonijnej muzyki. Aby jednak słowa były mostem, a nie murem, potrzebujemy wyłapywać z niego wszystko to, co razi dysonansem niczym skrobanie paznokciami po suchej tablicy. Zauważać, czyli w przypadku języka nie tylko słyszeć, ale i czuć.

 

Nie musimy mieć wiedzy, jakie słowa przerzucą most, od razu. Ważne na początek, żeby zrezygnować z tych, które krzywdzą. W następnej kolejności można podjąć temat poszukiwania tych, które otworzą ludzkie serca. Takich, jakie sami chcielibyśmy od innych, zwłaszcza w okresach życia, gdy jesteśmy szczególnie bezbronni, usłyszeć. Nawet jeśli to miałoby być na początku - zamiast słów, które wywołują ból - tylko, a może aż - milczenie. 

Powrót na górę strony

02 października 2021

Lista artykułów

Lista kategorii tematycznych

zapraszam na mój profil na Instagramie:
pytania, które - zmieniając świadomość - zmieniają życie

Uzdrawianie siłami natury

Agnieszka Pareto

SESJE INDYWIDUALNE

online

KLIKNIJ po więcej informacji

KONTAKT

kontakt@agnieszkapareto.com